Wege Wart Burger. Czy wart?

Zawsze ogromnie cieszy mnie informacja, o nowym wege miejscu na kulinarnej mapie Wrocławia. Kuchnia wegańska coraz śmielej pokazuje swoje różne oblicza,  wychodzi z niszy i staje się wręcz modna, popularna. To wspaniały trend, który w skutkach może być tylko pozytywny.

Radość mnie ogarnęła i tym razem, na wieść o oficjalnym otwarciu Wart Burgera w wersji Wege. Zajął on pierwszą lokalizację mięsnego Warta, vis-à-vis Pasażu Grunwaldzkiego. Nigdy tam nie byłam za czasów mięsnego poprzednika, więc wrażenia z tego miejsca są zupełnie dziewicze. Na początku zdziwiła mnie więc mikro wielkość lokalu, w którym było 4 lub 5 miejsc do siedzenia. Brak toalety dodatkowo uświadomił mi, że miejsce jest głównie do zamawiania lunchu na wynos lub fast lunchu na miejscu, co zresztą chyba przyświeca idei i strategii tej burgerowni. Wystrój jest bardzo przyjemny, a minimalizm wykorzystany do granic. Następnym razem wolałabym jednak zjeść na zewnątrz lokalu, gdzie przygotowanych jest kilka dodatkowych miejsc, które liczą na przychylność pogody. W środku jest miło, ale zapach smażonego jedzenia przesiąka przez wszystkie warstwy ubrań, nie radzę więc wybierać się po posiłku gdziekolwiek indziej niż do domu.

Otwarcie zorganizowano skromnie, ale z promocją na start – co któraś osoba mogła dostać tego dnia darmową bułę. Obsługa uśmiechnięta i bardzo sympatyczna, mocno przejęta debiutem w nowym wege menu, które swoją drogą jest bardzo ciekawe. Dobre zestawienie składników,  tworzy zachęcające, przewidywalne kompozycje. Czytasz i myślisz – to na pewno jest smaczne.

 

Buły w wersji wegańskiej i wegetariańskiej, dla tych pierwszych alternatywa cheddara wege, kotlet JAGLĘCY, z buraków i cieciorki, fasoli, panierowana cukinia w tempurze, “szarpany” boczniak. Dla wegetarian camembert albo żółty panierowany.

Wrażenia po przeczytanym menu nie opadły wraz z pierwszym kęsem i utrzymały się do końca posiłku. Wybrałam Pulled Oysteroom, a więc szarpany boczniak z ostrym sosem BBQ, roszponką, kolesławem, wege cheddarem i strzępami sałaty. Marta, która ze mną była, zdecydowała się na Le Ser z panierowanym Camembertem, żurawiną, kiełkami, marynowaną gruszką, strzępami sałaty i sosem majo – musztardowym. Byłyśmy bardzo zadowolone i z wielką przyjemnością pałaszowałyśmy buły. Zapytałam o pieczywo, wyjątkowo smaczne, bo z informacji po które sięgnęłam do internetu wynikało, że wcześniej – w wersji z mięsem, były kiepskie. Okazało się, że współpracują z nowym dostawcą, ale nie dowiedziałam się gdzie dokładnie bułki są wypiekane, tylko tyle, że lokalnie. 

W burgerze było dużo sosu i wilgotnych składników na tyle, że zamókł cały papierek. Ale na Boga, kto nie lubi dużej ilości sosów w wege burgerze? 🙂 Już się nie mogę doczekać, kiedy będę w okolicy następnym razem i spróbuję Cukilli z cukinią w tempurze, piklowaną czerwoną cebulą i spicy mango salsą.

Minus za mrożone frytki. Oj, duży minusik od nas obu – amatorek ziemniaków. Do wyboru w cenie każdego burgera frytki lub kolesław. No właśnie – i tu przechodzimy do kwestii cen. To zdecydowanie najdroższe wege burgery w mieście. Chociaż jestem zdania, że za dobre jedzenie wypada dobrze zapłacić, to ceny tych bułek mogłyby być niższe.

Podsumowując – bardzo fajne menu, wybór ciekawych smaków. Przede wszystkim jest smacznie, lecz nie tanio. Mam nadzieję, że burgery tak właśnie będą smakować cały czas i na wynos także (znam jedno miejsce, które buły na wynos serwuje się w fatalnej kondycji, podczas gdy na miejscu są całkiem niezłe). 

Co więcej, śmiało mogę tu przyprowadzić mięsożerców i wcale nie będę musiała ich namawiać do spróbowania  – gwarantuję, że zrobią to z przyjemnością!


       

Add Your Comment