• Home
  • inne
  • Smaczne oblicze wegańskiego fast foodu

Smaczne oblicze wegańskiego fast foodu

„Wege Festiwal” od 2014 roku odbywa się w różnych większych miastach w Polsce, tym razem zagościł po raz pierwszy we Wrocławiu. Nie jest to wyłącznie kulinarny spęd food trucków i stanowisk degustacyjnych wegańskich restauracji. Swoje autorskie stoiska na wydarzeniu mają także lokalni twórcy wegańskiej i wegetariańskiej żywności, projektanci ubrań, kosmetyków i obuwia. Można się zatem kompleksowo zaopatrzyć w wege produkty.

Na wydarzeniu dominowała jednak tematyka kulinarna. Przy okazji takich imprez najbardziej żałuję, że mam tylko jednokomorowy żołądek. Przecież wszystkiego chciałoby się spróbować od razu, na miejscu. Mijający mnie ludzie, niosący apetycznie wyglądające potrawy, radosny gwar, wśród którego usłyszeć można entuzjastycznie opowiadających o swoich dziełach autorów dań, unoszące się aromaty przyrządzanych posiłków.

Tak, to lubię. Nie przepadam natomiast za długimi kolejkami i gęstym tłumem, toteż nie spieszyłam się wizytą i na miejsce dotarłam dopiero w drugiej połowie dnia.

Przed rozpoczęciem degustacji postanowiłam rozeznać się trochę w terenie. Fajny klimat całej imprezie nadawało także miejsce – dawna zajezdnia Dąbie, która od tego roku wpisuje się w dziedzictwo kultury Wrocławskiej jako „Czasoprzestrzeń” – miejsce dedykowane wszelkim inicjatywom społeczno – kulturalnym. Koncerty, warsztaty, wystawy, festiwale i inne wiece. To właśnie tam.

Moje oczy pod dyktando żołądka lustrowały jednak nerwowo stoiska z żywnością. Resztę – kosmetyki, fatałaszki i obuwie zostawiłam więc na deser po deserze.

Co na początek? Może wszystko? Przed budynkiem stały food trucki oferujące między innymi wege pizze czy fryty belgijskie. W środku pierwsze stanowisko, które mnie zainteresowało to zupa w jadalnym kubku. Ciekawy pomysł, zastanawiałam się chwilę nad pomidorową lub serową, postanowiłam jednak zrezygnować ostatecznie i teraz trochę żałuję. Na pewno zjem następnym razem, przy okazji wizyty w stolicy.

Przy kolejnym stoisku spróbowałam polenty kukurydzianej z pesto bazyliowym. Była naprawdę bardzo dobra. Tradycyjną włoską polentę robi się z mąki kasztanowej, ale jej modyfikacja z kaszki lub mąki kukurydzianej jest równie smaczna. Kawałeczek idealny na przystawkę, choć przy odpowiednio dobranych składnikach, jest doskonała na sycący obiad lub kolację. Rumuni mają swoją mamałygę, Czesi knedliczek, a Włosi pyszną polentę, która jest zupełnie niedoceniona przez resztę świata.

Miałam wyjątkową ochotę na fast food, a to wydarzenie ochocie mej sprzyjało bardzo. Burger, pizza, zapiekanka,
hot dog… co wybrać? Jak żyć? Z daleka dostrzegłam szyld „Vegab”, a przy nim spory tłum klientów. Było to zdecydowanie najliczniej oblegane stanowisko. Szkoda, bo chciałam spróbować wegańskich kebabów z Krakowa. Ale jak już wspominałam, unikam tłoku i długich kolejek. Vegab – wspaniała nazwa, a produkty wizualnie jej dorównujące. Na sto procent skosztuję będąc w Krakowie.

Zdecydowałam się na hot doga od Lula Bistro. Czarna buła, kiełbaska z soczewicy – super! Żądza fast foodowa zaspokojona. Mój chłopak mięsożerca wziął bułę razową i bardzo marudził, ale on od początku był zawiedziony brakiem fajnych makaronów na miejscu, więc razowa buła mu po prostu nie dogodziła.

Kolejnym celem było stoisko z daniami wietnamskimi. Szybko stały się moim numerem jeden na festiwalu. Urocza Pani, która mnie obsługiwała i jej mąż, raczyli gości specjałami swojej rodzimej kuchni. Do wyboru były między innymi tradycyjne sajgonki z warzywami i tofu, sajgonki na parze oraz bánh gối, czyli wietnamskie pierogi w wersji wege. Te ostatnie skradły moje serce. Konsumpcja pochłonęła mnie tak bardzo, że zapomniałam zapytać o skład chrupiącego ciasta. Czy to była mąka
z tapioki z dodatkiem 
kurkumy?

Zdecydowałam się jeszcze na lody, niestety nie dałam rady skonsumować ich w całości. Smak banana ze szpinakiem bardzo przyjemny, banan zdecydowanie dominujący, szpinak nadał wyłącznie lekko zielony kolor. Czekoladowy smak wyszedł Panu trochę za ciężki.

Bardzo żałuję, że na zdołałam spróbować wszystkich ciast, których rodzajów na miejscu była niezliczona ilość. Były też tureckie baklawy i gruzińskie orzechy oblane masą przypominającą krówkę – ciągutkę. Jako deser „na wynos” zakupiłam paczkę ulubionych daktyli z iranu – Mozafati, od „Najlepsze Daktyle”. I od tego oto momentu jestem ich stałą klientką.

    

Nowością dla mnie był czarny czosnek, którego nie miałam okazji nigdy wcześniej spróbować. Nie spotkałam

go także jeszcze w żadnym daniu, choć podobno często jest wykorzystywany przy okazji dipów i sosów. Państwo,
którzy prezentowali produkt mówili o jego obróbce termicznej w specjalnej maszynie, ja wyczytałam w internetach,
że można nawet samemu w domu zrobić ten specjał, gdyż nie jest to nic innego jak fermentowana wersja zwykłego czosnku. Warunkiem jest szczelne opakowanie i umieszczenie go w piekarniku nastawionym na 60 stopni, a później trzymanie go tam przez 40 dni 🙂

Smak reklamowany na stoisku jako umami, przypominał nieco pieczony czosnek nasączony maggi lub sosem sojowym i octem balsamicznym. Trochę wytrawny, lekko gorzki, niespecjalnie jako samodzielna przekąska, ale na pewno ciekawy – tak jak i jego historia.

Kolejny przystanek zaliczyłam przy stoisku Bezmięsnego Mięsa, gdzie skosztowałam absolutnie rewelacyjnej kiełbasy szynkowej, całkiem niezłej jałowcowej i trochę mniej apetycznej chorizo. 

Super chłopaki i fajny pomysł, który naprawdę warto wspierać. Dzięki nim może więcej osób przekona się do odstawienia produktów zwierzęcych. Wizualnie też bardzo dobrze to wszystko wyglądało.

Kawałek dalej kupiłam domowy tempeh od Pana, który razem z bratem ma swoją autorską produkcję octu, zakwasu i tempehu właśnie. Żałuję, bo cały zakwas wyprzedali przed moim przyjściem. Ale to są niestety konsekwencje unikania tłoku.

Po tej bogatej w ciekawe doświadczenia kulinarne rundce nadeszła pora na łyk świeżego powietrza i powrót w wielkim stylu na wegański shopping.

Tego dnia towarzyszyli mi mięsożercy. Morał z tego wyszedł taki, żeby więcej zagorzałych mięsożerców na festiwale wegańskie nie ciągnąć. Mój chłopak lubi próbować wegańskiej kuchni, jednak jego zawiedzione brakiem wyboru pad thai i innych makaronów kubki smakowe, nie nadawały się do obiektywnej oceny. Pozostali współtowarzysze niestety też nie podołali wyzwaniu. Skrytykowany został burger od MO, jako ubogi i rozpadający/kruszący się. Nieprawda – był całkiem fajny, w wersji fast foodowej, jak na taką imprezę przystało. Żółta buła na kurkumie i kotlet z buraka. Dla mnie bomba. Także tego typu mięsożerców radzę, Drodzy Państwo, zabierać do restauracji wegańskich – ale na sprawdzony slow food.

Według mnie Wege Festiwal to super inicjatywa i bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu. Mam nadzieję na kolejne edycje we Wrocławiu.

Jedna tylko uwaga do organizatorów – więcej informacji o wystawcach! Kto będzie, kto był…  tym razem były to trudno dostępne i niepełne informacje.

Add Your Comment